„Full Metal Jacket”, reż. Stanley Kubrick
Nikt nie rodzi się maszyną do zabijania
„Biorą takich pączusiowych chłopaczków jak ja i przerabiają ich na maszyny do zabijania. Z dobrego chłopaka zamieniłem się w kogoś, kto pojechał do Wietnamu i śmiał się, widząc, jak kobiety i dzieci są zabijane.”
Robert Muller, weteran wojny w Wietnamie
Dokładnie trzydzieści lat po „Ścieżkach chwały” Kubrick kręci „Full Metal Jacket”, drugi w swojej karierze film wojenny („Dr. Strangelove” trudno uznać za obraz stricte wojenny). To zdumiewające, jak odmiennie ukazana jest w nich wojna – zarówno jeśli chodzi o styl i ton, jak i użyte środki formalne – filmowy język. W czasach mojej młodości „Full Metal Jacket” wydał mi się jednym z najlepszych filmów wojennych, jakie widziałem. Teraz odebrałem go zupełnie inaczej – do tego stopnia, że gotów jestem uznać „Full Metal Jacket” za najsłabszy film Kubricka (jeśli pominąć jego młodzieńczą reżyserską wprawkę „Strach i pożądanie” oraz uliczny noir „Pocałunek mordercy”). Kontrastuje to wyraźnie z moim doświadczeniem „Ścieżek chwały”, które po latach oddziałały na mnie równie mocno, jak niegdyś. Zestawienie obu tych filmów i wydobycie ich różnic wydaje się więc szczególnie zasadne — bo właśnie w ich odmienności upatruję źródeł tego percepcyjnego dysonansu.
Najistotniejsza różnica zawiera się w humanistycznej wymowie „Ścieżek chwały” i zupełnym jej braku w „Full Metal Jacket”. Precyzując: pierwszy film jest mocno zaangażowany humanistycznie, a przy tym jasno określony moralnie, drugi – wręcz odhumanizowany i pozbawiony moralnej perspektywy. W „Ścieżkach chwały” dobro i zło są od siebie wyraźnie oddzielone, a podział ten odbija się jednoznacznie w mocno zarysowanych postaciach. Z kolei „Full Metal Jacket” jest filmem „nieumoralnionym” (sądzę, że ten neologizm lepiej określa jego etyczny indyferentyzm, niż „amoralizm”), a postaci są schematyczne i płaskie psychologicznie. W pierwszym filmie bohaterowie zachowują swoje człowieczeństwo – dzięki czemu zostawia się nam odrobinę nadziei; w drugim je tracą – i jest to beznadziejne.
W „Ścieżkach chwały” Kubrick jest wobec swoich bohaterów empatyczny, wzbudzając tym nasze emocje, w „Full Metal Jacket” – chłodny i zdystansowany, przez co los bohaterów jest nam w zasadzie obojętny. Obrazy te różnią się także tonem: pierwszy epatuje tragizmem i powagą, w drugim pojawia się groteska i wyczuwalna ironia. Kubrick posługuje się też zupełnie innym językiem filmowym, który w „Ścieżkach chwały” jest precyzyjny i wystudiowany, zaś w „Full Metal Jacket” porwany, fragmentaryczny, patchworkowy, chwilami wręcz chaotyczny. Oczywiście oba filmy są świadomie poddane stylistycznym zabiegom i artystycznej kalkulacji, ale różnią się stopniem realizmu. Rzeczywistość wojenna w „Ścieżkach chwały” odpowiada tej z okopów i zasieków pod Verdun, natomiast „Full Metal Jacket” to „Wietnam w Londynie”: sztuczny, nieprawdziwy, wręcz teatralny, prowadzący obraz w stronę abstrakcyjnej alegorii i absurdu – swoistej dekonstrukcji humanizmu. Pierwszy obraz cechuje się głębią i wymowną symboliką, w przeciwieństwie do drugiego, gdzie zamiast symboli są zaledwie znaczki: napis „Born to Kill” na hełmie, czy przypięta do munduru odznaka pacyfistów.
Tak, teraz lepiej rozumiem, dlaczego „Ścieżki chwały” ponownie mną wstrząsnęły, zaś „Full Metal Jacket” obejrzany po latach rozczarował. Pierwszy film znów odezwał się pełnym głosem, w drugim słyszałem już tylko echo. Ktoś napisał w kontekście tych dwóch obrazów, że „spojrzenie Kubricka na wojnę przesunęło się z tragicznego humanizmu na ironiczny nihilizm”. Nie sądzę, aby to była ewolucja w dobrym kierunku, gdyż – moim zdaniem – z „ironicznego nihilizmu” nie może wyniknąć nic dobrego, poza sztuką oderwaną właśnie od humanizmu. A po co nam taka sztuka?
Wróćmy jednak do motta tego rozdziału, w którym – według mnie – zawiera się najważniejsze przesłanie filmu Kubricka: bezlitosny wojskowy dryl ma uczynić z każdego młodego człowieka „maszynę do zabijania” – dehumanizując go, niszcząc jego osobowość, uniformizując… a następnie wysyłając go z „wypranym mózgiem” i twardym sercem na bezsensowną wojnę. Nie wszyscy wytrzymują ten brutalny proces i załamują się – jak w przypadku „pączusiowego” rekruta Pyle’a. Chłopak z nadwagą, niezbyt sprawny fizycznie, poddany jest bezlitosnej musztrze przez sadystycznego sierżanta Hartmana, co prowadzi do tragedii: Pyle zabija swojego gnębiciela, a następnie popełnia samobójstwo. Wszystko to rozgrywa się w pierwszej części filmu. Druga – do tego stopnia odmienna, że można odnieść wrażenie, iż oglądamy inny film – przenosi nas z obozu treningowego do Wietnamu i w finale rzuca w wir walk ulicznych w Huế.
„Full Metal Jacket” nie jest pozbawiony mocnych akcentów (tyrady Hartmana przeszły do kanonu amerykańskiego kina, a sceny z jego udziałem stały się wręcz kultowe i za każdym razem robią piorunujące wrażenie). Jednak laboratoryjny i machinalny styl Kubricka odbiera filmowi humanistyczną wartość i emocjonalny kontakt z ludzkim dramatem – czyli to, co w pełni wybrzmiało w „Ścieżkach chwały”. Zgadzam się więc z Pauline Kael, która napisała: „Kubrick unosi się nad postaciami, fabułą i widzami. Filmowanie doprowadzone do technicznej skrajności – dążące do osiągnięcia absolutnej kontroli nad materiałem – zdaje się przemieniać Kubricka w maszynę”. Tak, w „Full Metal Jacket” żołnierze stają się maszynami do zabijania, ale też sam Kubrick – w oczach Kael – staje się maszyną, tyle że do filmowania.
7/10
* * *
O innych filmach Stanleya Kubricka można przeczytać TUTAJ.









